czwartek, 24 września 2009

Podróż powrotna 13-14 sierpień

Wracając do Polski chcemy jeszcze zwiedzić kilka atrakcyjnych miejsc w Szwecji. Zachęceni przez przewodnik Pascala jedziemy nad wysokie wybrzeże Hoga Kusten, którego niestety nie znajdujemy:( znajdujemy za tomałą zatoczkę z wieloma wysepkami. Rozczarowani wracamy do samochodu i postanawiamy jechać już w kierunku Sztokholmu...



Sztokholm... godzina 21,00....Zatrzymujemy się w samym centrum starego miasto Gamla Stan, niestety pozbawieni szwedzkich koron nie możemy sobie pozwolić na długie zwiedzanie, ponieważ parkingu są płatne 24 godz. Będąc jedynie pół godziny Sztokholm zdążył nas zachwycić, jest przepięknie oświetlony z wieloma wysepkami, parkami zieleni a przede wszystkim z ogromną ilością zabytków. Robimy kilka zdjęć miasta i ruszamy dalej.


Noc spędzamy w samochodzie, jedyne cztery godziny, 200 km za Sztokholmem w kierunku Ystad.
Do miasta portowego dojeżdżamy koło godziny 11,00, gdzie bez problemu kupujemy bilety na prom ( 1390 Skr). Odpływamy z wybrzeży Szwecji o godzinie 13,30.Płynęliśmy długo i właściwie bez żadnych atrakcji, docierając do Świnoujścia około godziny 20,00. Postanawiamy zostać jeszcze jedną noc nad polskim morzem w Międzyzdrojach aby z samego rana wyruszamy już w kierunku Wrocławia ...

12 sierpnia Lofoty cd., Narwik


Kolejny dzień i kolejny deszcz ... niestety Lofotów w promieniach słonecznych nie będzie nam dane zobaczyć :( Szybko się pakujemy, śniadanko spożywamy w kempingowej kuchni i mkniemy dalej. Mimo pochmurnej i deszczowej pogody możemy obserwować górski krajobraz, chmury są nieco wyżej niż dzień wcześniej.




Po ok. 3 godzinach docieramy do Narwiku, gdzie chcemy udać się pod pomnik polskich żołnierzy. Niestety w mieście brak jakichkolwiek informacji na ten temat, jedynie w przewodniku znajduje informacje że pomnik znajduje się na cmentarzu. Niestety i z tym nie jest prosto, cmentarz znajdujemy, jednak wszędzie porozstawiane zakazy uniemożliwiają nam dostanie się do niego. Zrezygnowani postanawiamy zrobić szybkie, i jak się później okazało ostatnie zakupy. Ceny są przerażające w przeliczeniu na polską walutę: najtańszy chleb: 11 zł, a jedno 0,5 l piwko jedyne12,5 zł. Niestety czas nieubłaganie goni w związku z tym wsiadany do samochodu i ruszać już w kierunku zatoki Botnickiej.



Wjeżdżając na terytorium Szwecji teren pozostaje jeszcze górzysty, jednak jadąc dalej na południe tern staje się bardziej nizinny. Po drodze spotykamy dwa renifery, które niespodziewanie wyszły nam na drogę. Przejeżdżamy też przez ponad 8 kilometrowy odcinek drogi z prędkością 30 km/godz ... brak nawierzchni .... a przecież to tylko droga krajowa :) Przejeżdżamy przez Kirunę, przemysłowe miasto znane przede wszystkim z wydobycia żelaza. Miasto jest strasznie zapuszczone i brzydkie.
Mijamy koło podbiegunowe, które w przeciwieństwie do Norwegii jest bardzo słabo oznaczone.



Do zatoki Botnickiej docieramy koło 20 i postanawiamy zatrzymać się w okolicach Pitei, gdzie poszukujemy plaży przy której planowaliśmy rozbić nasz namiot. Jadąc w stronę morza spotykamy jeszcze dwa Łosie, prawdopodobnie mamę z dzieckiem. Po dotarciu na plaże spotkało nas małe rozczarowanie w postaci osiedla domków, co zniweczyło nasze plany noclegu, dlatego też postanowiliśmy zatrzymać się kilka kilometrów za Piteą i spędzić kolejną noc w samochodzie(niestety).

środa, 16 września 2009

11 sierpnia Lofoty :)))))


Już w nocy budzi nas deszcz, niestety rano nic się nie zmienia...ciągle pada. Zasmuceni faktem, że nasze plany dotarcia na sam koniec wyspy spełzły na niczym pakujemy się do auta a jedyna opcja zwiedzania jaka nam pozostała to tylko ta przez okna samochodu, ponieważ o pieszych wycieczkach w tym momencie nie ma mowy.














Nisko wiszące chmury nie pozwalają nam dostrzec niezwykłych strzelistych szczytów, jedynie możemy je sobie wyobrazić uprzednio oglądając widokówki. Jadąc w kierunku Narwiku, wzdłuż całych Lofotów, zjeżdżamy z drogi głównej do rybackich wiosek Henningsvaer oraz Nusfjord ( zwiedzanie miasteczka 50 Nkr). Czerwone rybackie RORBU pięknie prezentują się na tle norweskiego morza. Nigdzie się nie spiesząc cieszymy się widokiem Lofotów, co jakiś czas zjeżdżając z drogi głównej, zwiedzając tym samym bardzo ciekawe zakątki tych niezwykłych wysp.





























W poszukiwaniu noclegu zjeżdżamy na wyspie Langoya w kierunku Sortland, zatrzymując się na urokliwym kempingu FJORDCAMP (150 Nkr). Niestety, żeby tam dojechać musieliśmy nadrobić ok. 80 km.



10 sierpień Koło podbiegunowe









Koło podbiegunowe przekraczamy już o 9,00 rano. Przy wielkim parkingu znajduje się Centrum Kręgu Polarnego, przez środek, którego przebiega słynny równoleżnik o szerokości geograficznej północnej 66°33". Robimy kilka zdjęć i znikamy na godzinę w sklepie z pamiątkami :), po trudnym wyborze suwenirów wsiadamy do samochodu i jedziemy dalej na północ.




Do Bodø docieramy po 12,00, gdzie spotyka nas przykra niespodzianka: prom na Lofoty odpływa dopiero o 15,00. Cóż ... pozostaje nam grzecznie ustawić się w kolejce i czekać. Niestety o 15,00 nic się nie zmieniło.... dalej czekamy.... wyruszyliśmy w kierunku Lofotów dopiero o 18,00 (704Nkr). Podróż trwa ponad 3 godziny, jest to nasza najdłuższa do tej pory podróż promem w Norwegii. Pogoda uniemożliwia nam siedzenie na świeżym powietrzu ( duży wiatr), dlatego szybko znajdujemy miejsce siedzące. po kilku minutach ogarnia nasz sen...

....LOFOTY...godz.21,00 a widok oszałamiający ... góry wydobywające się wprost z wody ... coś pięknego. Zjeżdżając z promu od razu skręcamy w lewo. Jesteśmy już bardzo zmęczeni w związku z tym poszukujemy kempingu w jak najodleglejszym miejscu wyspy, takowy znajdujemy tuż za miejscowością A. Malowniczy, pięknie położony, nad samym morzem Norweskim. Jedynym minusem owego pola kempingowego jest nie możność podjechania samochodu w pobliżu rozbitego namiotu, wszystko trzeba wnosić samemu. Mimo tej małej niedogodności miejsce do spania jest rewelacyjne i godne polecenia :) Niestety pogoda zaczyna się psuć, pojawia się coraz więcej chmur, co wcale nie nastawia nas pozytywnie na kolejny dzień.

wtorek, 15 września 2009

9 sierpnia Trondheim



Pobudka 5,00, kierunek Trondheim. Po drodze zatrzymujemy się na gorącą herbatkę i tradycyjnie już wazę z dżemem. Ciepła herbatka zmorzyła nas snem więc ucięliśmy sobie, krótką drzemkę, dzięki czemu również nie pojawiliśmy się w Trondheim zbyt wcześnie na czym gruncie rzeczy bardzo nam nie zależało. Wjechaliśmy do miasta ok. 9,00, z miejscem parkingowym nie ma żadnego problemu. Wpierw udaliśmy się w stronę katedry Nidaros (Nidarosdomen) która nie rozczarowuje i robi ogromne wrażenie. Jest to największa katedra w całej Skandynawii. Niestety była niedziela i wejście na wieże skąd ponoć się rozpościera piękna panorama Trondheim nie było możliwe.



Następnie zaszliśmy do pałacu Arcybiskupów, niestety wczesna pora nie pozwoliła nam na zwiedzania wnętrza. Potem udaliśmy się w kierunku równie sławnego co katedra starego mostu : Gamle Bymbro z 1685 r.Drewniany, czerwony most przepięknie prezentuje się na tle zabytkowych, drewnianych magazynów z XVII w. Idąc w kierunku fortecy Kristiansen przechodzimy obok jedynego na świecie wyciągu dla rowerów. Dochodzimy do usytuowanej na wzgórzu fortecy skąd rozpościera się wspaniały widok na Trondheim. Widzimy również mała wysepkę na Trondheimsfjord: Munkholmen, która również była podobnie zresztą jak Kristiansten miejscem egzekucji podczas II wojny światowe. Udajemy się także w kierunku Uniwersytetu w Trondheim. Wracając do samochodu kirujemy swe kroki jeszcze na nabrzeże zobaczyć pomnik założyciela Trondheim: Olava Tryggvasona.



Po zwiedzeniu Trondheim jedziemy dalej na północ, gdzie zatrzymujemy się po 500 km, niemalże przy samym kole podbiegunowym. Znalezienie miejsca jak zawsze nie było proste, jednak miejscówka wśród drzew nas zadowala. Kładziemy się spać po północy a na dworze jeszcze jasno, trudno nam się przyzwyczaić...:)

8 sierpnia Geirangerfjord

Kolejny dzień w samochodzie, ale z wieloma atrakcjami ( do tego Norwegia już nas zdążyła przyzwyczaić). Głównym celem jet Geirangerfjord oraz droga Troli. Długo zastanawiamy się czy podziwiać ten wspaniały fiord przepływając go promem czy też jadąc Drogą Orłów, gdzie rozpościera się równie wspaniały widok jednak tą decyzję odłożyliśmy na później a wcześniej...


... postanowiliśmy zboczyć nieco z drogi do Geiranger i wjechać na szczyt Dalshnibe (1476m n.p.m.), szczyt z którego rozpościera się wspaniały widoków na fiord. Oczywiście przy tego typu atrakcjach czeka nas opłata (80 Nkr). Wjeżdżamy w bardzo surowy teren, z góry roztacza się niesamowita panorama na fiord i okoliczne góry. Jest przepięknie, całość jedynie trochę psuje zimny wiatr. Kilka fotek i szybko wracam do samochodu.



Już sam wjazd do Geiranger nas zachwyca, pobliskie wodospady, małe drewniane domki a w dole przepiękny fiord, jak w bajce :) Zatrzymujemy się na parkingu w pobliżu portu. Chwila namysłu, podliczenie buetu i postanawiamy! Rezygnujemy z Drogi Orłów na rzecz przepłynięcia fiordem do Valldal ( ok 2,15 godz., 534 Nkr). Wcale nie żałujemy, po drodze widzimy słynny wodospad Siedmiu Sióstr ... chociaż my zdołaliśmy doliczyć się jedynie 6 odnóg tego wodospadu Mijamy kilka farm nad samym fiordem, które już nie są zasiedlane. Jednak co nas narbardziej dziwi na tak dziewiczym i trudnym terenie ostatnia z farm została opuszczona dopiero w latach 60-tych. Z głośników cały czas wydobywa się głos przewodnika opowiadający o ważniejszych miejscach wzdłuż fiordu ( w jęz. angielskim, niemieckim i norweskim). Ten przepiękny turkus długo pozostanie w naszej pamięci, nic dziwnego,że to najsłynniejszy fiord.
Po dotarciu do Valldal zatrzymujemy się na stacji na kolejne tankowanie aby móc ruszyć w kierunku naszego kolejnego punktu wyprawy: Drogi TROLLI. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na króką regenerację siły: gorąca herbatka i waza z dźemem :) Jesteśmy tak bardzo niecierpliwi tej krętej drogi, że przejeżdźamy punkt widokowy na nią i wjeżdżamy wprost na drabinę trolii. Zorientowliśmy się niemal od razu, szybki manewr i jesteśmy z powrotem. Podziwiamy Drogę Troli z góry. Widku nie da się opisać, takich zakrętów to jeszcze nie widzieliśmy. Robimy kilka pamiątkowych fotek, kupujemy małego trolla i ruszamy...

...już w kierunku Trondheim. Jedziemy malowniczą drogą wzdłuż fiordów: Langefiordem oraz Sunnasfiorden. Po czym wjeżdżamy na drogę krajową E6. Niestety w pobliżu nie widzimy żadnego dogodnego miejsca do kempingowania, albo widzimy zakazy, albo w pobliżu znajdują się domki. Postanawiamy jechać jak najdalej, pogodzeni z myślą noclegu w samochodzie. Jedziemy do 22,30, zmuszenie przez sytuację zatrzymaliśmy się na pierwszym parkingu gdzie czekała nas "przyjemna" noc w samochodzie :(

7 sierpnia Galdhøpiggen


Wstajemy jak zawsze nieco później niż planowaliśmy: 7,30. Szybko zwijamy manatki, jemy równie prędko śniadanie i pakujemy ekwipunek jaki będzie nam potrzebny do zdobycia najwyższego szczytu Norwegii - bo właśnie to zakładał w dniu dzisiejszym nasz plan wycieczki. Mimo, że wysokość szczytu może nie jest porażająca(2469 m.n.p.m.) to lodowiec znajdujący się w drodze na szczyt powoduje że, sprzętu bierzemy całkiem sporo: czekan, raki, kijki oraz jeszcze parę innych mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy. W końcu nie wiemy do końca czego mamy się spodziewać.



Oczywiście dojazd do schroniska Juvasshytta jest płatny (85Nkr). Przed wjazdem miłą pani ostrzega nas, że lodowiec Styggebreen jest bardzo niebezpieczny i należy się udać tam tylko z przewodnikiem, wywołuje to nasze zaniepokojenie ale po krótkiej dyskusji w drodze do schroniska dochodzimy do wniosku, że nie zmieniamy naszego pierwotnego zamierzenia o wejściu na górę sami-w końcu najlepiej smakuje szczyt zdobyty samemu:) Będąc już pod schroniskiem szybko zakładamy buty, plecaki i ruszamy za grupą, którą widzimy gdzieś w oddali, a która jak się okazało była prowadzona przez przewodnika. Po drodze widzimy maszerujące na szlaku stado reniferów. Po przejściu przez dwa płaty śniegu docieramy w końcu do lodowca. Znaki z trupią czaszką informujące o szczelinach lodowych nie napawają nas optymizmem oraz powodują nasze pewne obawy i małe wahania . Jednak widząc wydeptaną ścieżkę oraz grupę co najmniej 10 osób prowadzaną przez przewodnika o jednym czekanie, bez żadnego zabezpieczenia, tylko z prowizoryczną asekuracją sprawiłyły że obawy i wahania poszły na bok,umacniają nas także w przekonaniu, że podjęliśmy dobrą decyzje. Przewodnik nie jest nam potrzebny. Zakładamy raki, w rękę kijki lub czekan i rozpoczynamy podejście lodowcem, słońce nie daje nam spokoju, a jego efekty długo będziemy odczuwali po zejściu ze szczytu. Dochodzimy do skałek, skąd wiedzie już prosta droga na sam szczyt, w niektórych jeszcze tylko miejscach krocząc po płatach śnieżnych. W końcu jesteśmy- Goldhopiggen zdobyte- ku naszej radości bez niczyjej pomocy :) ( 3 godz). Gratulujemy sobie udanej wyprawy, szczęśliwi i dumni oglądamy to co prezentuje nam Galdhøpiggen. Widok rozpościerający się ze szczytu jest urzekający i dosłownie zapiera nam dech w piersiach. Jest tutaj tak pięknie, że z żalem opuszczamy wierzchołek Joutenheimen. Po drodze widzimy jeszcze stado reniferów, robimy jeszcze kilka fotek, następnych parę kroków i jesteśmy przy aucie (ok 2-2,30 godz.).Pakujemy się do samochodu, potem ostatnie spojrzenie na zdobytą górę i z lekkim smutkiem ruszamy dalej, tym razem w stronę Geirenger.


Po drodze zatrzymujemy się na zaprzyjaźnionym parkingu i bierzemy odświeżający prysznic. Kolejny przystanek to niezbyt okazała miejscówka przy drodze ok. 50 km. od Geirenger. Jedynym jej plusem był fakt, że była otoczona przez drzewa dzięki czemu nie rzucaliśmy się w oczy.

6 sierpnia Jeziora Gjende i Bessvatnet

Do Joutenheimen dojeżdżamy bardzo malowniczą drogą. Punkt wypadowy dzisiejszego dnia to parking przy Gendeshejm, niestety opłata za taką przyjemność to 90Nkr. Całkiem niedaleko stąd widzieliśmy darmowe parkingi, ale szkoda nam już czasu, wolimy zacząć wspinać się w górę. Przed wejściem chcemy jeszcze kupić mapę, ale ku naszemu zaskoczeniu ani przy parkingu ani przy przydrożnym schronisku takich rzeczy nie mają. W związku z tym idziemy tak jak nas nogi poniosą:) oczywiście wspierając się w znacznej mierze na przewodniku oraz drogowskazach.


Kierujemy się za drogowskazami do Bessegen, pnąc się ostro do góry towarzyszy nam przepiękny widok na turkusowe jezioro Gjende. Pogoda i tym razem nam dopisuje, promienie słoneczne jeszcze bardziej potęgują piękny turkusowy kolor. Po mniej niż dwóch godzinach dochodzimy do najwyższego punktu dzisiejszej wycieczki: Veslefjellet (1743 m. n.p.m.). Decydujemy się na odpoczynek i małą przekąskę. Również tutaj zapoznajemy przemiłego Norwega, który robi nam kilka fotek z jeziorem Gjende w tle. Po krótkiej konwersacji dowiadujemy się, że również planują wspinaczkę na Galdhøpiggen. Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej, tym razem w dół w kierunku drugiego jeziora Bessvatnet. Wkrótce dochodzimy do przesmyku i ukazują nam się oba jeziora. Piękny kontrast turkusowego Gjende z ciemnogranatowym Bessvatnet robi na nas ogromne wrażenie. Nie schodzimy aż do samej przełęczy zostajemy nieco wyżej skąd podziwiamy zaskakujący krajobraz (ok 3 godz. z parkingu). Niestety czas leci nieubłaganie i trzeba wracać. Po drodze zaskakuje nas jeszcze lekki deszczyk, jednak nie wzruszeni mkniemy dalej. Po około dwóch godzinach jesteśmy z powrotem przy samochodzie. Krótki odpoczynek i ... pakujemy majdan, ruszając w dalszą drogę.







Po objechaniu prawie całego parku Joutenhiemen docieramy do Lom i okazuje się, że tutaj również nie jest prosto z miejscem do spania. Pierwszy raz w Norwegii widzimy ciągłe zakazy rozbijania namiotu. W związku z tym docieramy do kempingu pod Galdhøpiggen, jakieś 5 km. po skręcie z drogi głównej w kierunku Juvasshytta ( 130 Nkr + kąpiel 10Nkr).