
Wstajemy jak zawsze nieco później niż planowaliśmy: 7,30. Szybko zwijamy manatki, jemy równie prędko śniadanie i pakujemy ekwipunek jaki będzie nam potrzebny do zdobycia najwyższego szczytu Norwegii - bo właśnie to zakładał w dniu dzisiejszym nasz plan wycieczki. Mimo, że wysokość szczytu może nie jest porażająca(2469 m.n.p.m.) to lodowiec znajdujący się w drodze na szczyt powoduje że, sprzętu bierzemy całkiem sporo: czekan, raki, kijki oraz jeszcze parę innych mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy. W końcu nie wiemy do końca czego mamy się spodziewać.

Oczywiście dojazd do schroniska Juvasshytta jest płatny (85Nkr). Przed wjazdem miłą pani ostrzega nas, że lodowiec Styggebreen jest bardzo niebezpieczny i należy się udać tam tylko z przewodnikiem, wywołuje to nasze zaniepokojenie ale po krótkiej dyskusji w drodze do schroniska dochodzimy do wniosku, że nie zmieniamy naszego pierwotnego zamierzenia o wejściu na górę sami-w końcu najlepiej smakuje szczyt zdobyty samemu:) Będąc już pod schroniskiem szybko zakładamy buty, plecaki i ruszamy za grupą, którą widzimy gdzieś w oddali, a która jak się okazało była prowadzona przez

przewodnika. Po drodze widzimy maszerujące na szlaku stado reniferów. Po przejściu przez dwa płaty śniegu docieramy w końcu do lodowca. Znaki z trupią czaszką informujące o szczelinach lodowych nie napawają nas optymizmem oraz powodują nasze pewne obawy i małe wahania . Jednak widząc wydeptaną ścieżkę oraz grupę co najmniej 10 osób prowadzaną

przez przewodnika o jednym czekanie, bez żadnego zabezpieczenia, tylko z prowizoryczną asekuracją sprawiłyły że obawy i wahania poszły na bok,umacniają nas także w przekonaniu, że podjęliśmy dobrą decyzje. Przewodnik nie jest nam potrzebny. Zakładamy raki, w rękę kijki lub czekan i rozpoczynamy podejście lodowcem, słońce nie daje nam spokoju, a jego efekty długo będziemy odczuwali po zejściu ze szczytu. Dochodzimy do skałek, skąd wiedzie już prosta droga na sam szczyt, w niektórych jeszcze tylko miejscach krocząc po płatach śnieżnych. W końcu jesteśmy- Goldhopiggen zdobyte- ku naszej radości bez niczyjej pomocy :) ( 3 godz). Gratulujemy sobie udanej wypraw

y, szczęśliwi i dumni oglądamy to co prezentuje nam
Galdhøpiggen. Widok rozpościerający się ze szczytu jest urzekający i dosłownie zapiera nam dech w piersiach. Jest tutaj tak pięknie, że z żalem opuszczamy wierzchołek Joutenheimen. Po drodze widzimy jeszcze stado reniferów, robimy jeszcze kilka fotek, następnych parę kroków i jesteśmy przy aucie (ok 2-2,30 godz.).Pakujemy się do samochodu, potem ostatnie spojrzenie na zdobytą górę i z lekkim smutkiem ruszamy dalej, tym razem w stronę Geirenger.

Po drodze zatrzymujemy się na zaprzyjaźnionym parkingu i bierzemy odświeżający prysznic. Kolejny przystanek to niezbyt okazała miejscówka przy drodze ok. 50 km. od Geirenger. Jedynym jej plusem był fakt, że była otoczona przez drzewa dzięki czemu nie rzucaliśmy się w oczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz